Savoir-vivre

Wróciliśmy z K. po dwudniowej nieobecności. Filip wpakował mi się na kolana w pierwszej możliwej chwili, umościł się i sapnął.
– Z wrażenia aż wonsa zgubiłem.
– Chyba wąsa.
– Nie, wonsa, bo to taki specjalny jest. Był. Każdy wibrys ma swoje przeznaczenie.
– Aha, i ten czym był?
– Wielkim Oburzeniem Na Stręczyciela. To o tobie. Jakbyś się nie domyśliła.
– …aha. Ja cię stręczę, tak? Skąd ty w ogóle znasz takie słowa?
– Z internetu. I no pewnie, że tak! A kto niby oswaja tych wszystkich obcych, którzy tu przychodzą, co? Nie umiesz ich porządnie przywitać, to robię to za ciebie.
– Mhm. A jak twoim zdaniem powinno to wyglądać?
– Normalnie: wchodzi, dajesz mu kilka sekund na rozejrzenie się i uspokojenie, a potem smarujesz go policzkiem w pierwszą dostępną część ciała, żeby wiedział, że jest swojak. I że go tu chcesz.
– Czyli nasze podawanie rąk albo przytulanie nie wystarczy?
– No nie, chyba że go tak naprawdę nie chcesz.
– Okej, zapamiętam. Następnego gościa tak przywitam. Ale wiesz, jedno mi się nie zgadza.
– No?
– Stręczycielstwo byłoby wtedy, gdybym za wystawianie ciebie otrzymywała jakieś korzyści. Majątkowe.
– Znaczy jakby ci płacili?
– Na przykład.
– A nie płacą?
– Nie.
– Jesteś beznadziejna. Ani się nie umiesz przywitać, ani biznesów prowadzić. Z kim ja pracuję…

 

644269914dc73a7e011bbfaca8e7642f3596aeeb5597df2ec890c0557d1ff7af
The king is not amused.