Życie

ŻYCIE, czyli dramat w dwóch aktach

KOBIETA, spokojna a wzruszona:
Ach, cóż może mi w życiu nie wyjść, gdy kota mam na kolanach?

MĘŻCZYZNA chrupie marchewkę.

KOBIETA chrząka.

MĘŻCZYZNA, niezainteresowany:
Hm?

KOBIETA, cierpliwie:
Cóż może mi w życiu nie wyjść, gdy kota mam na kolanach?

MĘŻCZYZNA:
Piruet.

Kurtyna opada, skrywając kota.
Akt II nastąpi, gdy się pozbiera.

Savoir-vivre

Wróciliśmy z K. po dwudniowej nieobecności. Filip wpakował mi się na kolana w pierwszej możliwej chwili, umościł się i sapnął.
– Z wrażenia aż wonsa zgubiłem.
– Chyba wąsa.
– Nie, wonsa, bo to taki specjalny jest. Był. Każdy wibrys ma swoje przeznaczenie.
– Aha, i ten czym był?
– Wielkim Oburzeniem Na Stręczyciela. To o tobie. Jakbyś się nie domyśliła.
– …aha. Ja cię stręczę, tak? Skąd ty w ogóle znasz takie słowa?
– Z internetu. I no pewnie, że tak! A kto niby oswaja tych wszystkich obcych, którzy tu przychodzą, co? Nie umiesz ich porządnie przywitać, to robię to za ciebie.
– Mhm. A jak twoim zdaniem powinno to wyglądać?
– Normalnie: wchodzi, dajesz mu kilka sekund na rozejrzenie się i uspokojenie, a potem smarujesz go policzkiem w pierwszą dostępną część ciała, żeby wiedział, że jest swojak. I że go tu chcesz.
– Czyli nasze podawanie rąk albo przytulanie nie wystarczy?
– No nie, chyba że go tak naprawdę nie chcesz.
– Okej, zapamiętam. Następnego gościa tak przywitam. Ale wiesz, jedno mi się nie zgadza.
– No?
– Stręczycielstwo byłoby wtedy, gdybym za wystawianie ciebie otrzymywała jakieś korzyści. Majątkowe.
– Znaczy jakby ci płacili?
– Na przykład.
– A nie płacą?
– Nie.
– Jesteś beznadziejna. Ani się nie umiesz przywitać, ani biznesów prowadzić. Z kim ja pracuję…

 

644269914dc73a7e011bbfaca8e7642f3596aeeb5597df2ec890c0557d1ff7af
The king is not amused.

 

Jak pies

Od niedzieli leżę w łóżku, a Filip nie odstępuje mnie na krok. Dziś obudziłam się, kiedy wepchnął mi wąsy do ucha, najwyraźniej sprawdzając, czy żyję.
– Złaź, mendo.
– O, jesteś, fajnie. Gdzie byłaś?
– Dzisiaj? Latałam po mieście z tobą w plecaku i ratowaliśmy ludzkie życie. To znaczy ja ratowałam, pomagając karetkom dotrzeć na czas, a ty cały czas próbowałeś uciec.
– Aha. Nudne.
Zlazł ze mnie i wcisnął się pod pachę, jak lubi.
– Przecież wiem, że specjalnie rzuciłeś tę klątwę, żebym tu z tobą siedziała.
– Noo.
– Tyle że dzisiaj już muszę wyjść. Naprawdę. Nie mógłbyś jej cofnąć?
– A nie lepiej ci tu ze mną zostać? Zobacz, leżysz, śpisz i jesz – normalnie jak kot.
– Tyle że mam też obowiązki. Nie jak kot. Ani się sama nie umyję.
– No wiem, łazisz do tej, brr, wody.
– Bo nie umiem inaczej.
– Bez sensu. Jak poleżysz jeszcze trochę ze mną, to się zmienisz w kota, zobaczysz.
– Filip…
– No co?
– A psy to się niby umieją myć? Też leżą w domu, śpią i jedzą, i czasem wychodzą na zewnątrz.
– No… nie. No dobra.
– To chyba lepiej, żebym się poszła umyć?
Nie słuchał mnie już; rozmowa sprawiła, że zaczął się czyścić. Chyba miał tylko popisowo umyć łapkę, ale wciągnął się dostatecznie mocno, żebym mu dyskretnie podetknęła własną dłoń. Połapał się w połowie drugiego palca.
– Fuj! Skóra!
– Widzisz? Dlatego sama się muszę kąpać. Bo mi w ogóle nie pomagasz.
– Okej, idź, skoro musisz. Tylko ani mi się waż śmierdzieć mokrym psem, jak wrócisz!

Zemsta

Jojczenie Filipa słyszałam już na klatce schodowej. Jak zawsze, kiedy wychodziłam z pola jego widzenia na dłużej niż godzinę.
Otworzyłam drzwi i nie pozwoliłam mu uciec pod pretekstem histerii. Również jak zawsze, fuknął zawiedziony. Ale zaraz mina mu zrzedła.
– No nie wierzę, po prostu nie wierzę…
– Hmm?
– Znowu pachniesz innym kotem. Podkreślam, znowu!
– No pewnie, że tak. Mówiłam ci, że idę na kwestę.
– …zamiast tu ze mną siedzieć.
– Ile można. Poznałam cztery nowe kociaki, dwa trzymałam na rękach… Jeden, ma na imię Ryszard, tak mnie polubił, że zostawił mi swój adres – o tu, zobacz…
Podstawiłam pod łaciaty nos obdrapane przedramię. Filip obwąchał je nieufnie, a potem obrócił się ogonem.
– To mnie chociaż nakarm.
– Jadłeś.
– Ale już spaliłem. Jestem głodny. Zamartwianie się kosztuje mnóstwo energii.
– Jadłeś, powiedziałam. Nie pozwolę ci znowu zostać grubasem z nadwagą.
– Ty mnie w ogóle nie kochasz! Rzucam na ciebie kocią klątwę. Umrzesz w cierpieniu!
Wyszedł. Jakby mógł, to by trzasnął drzwiami, ale generalnie jest z tym problem, bo nie sięga do klamki.

Całą noc trzymał się z daleka ode mnie, a następnego dnia obudziłam się chora.
Podły zdrajca.