Sesja

– Mogłabyś przytyć.
– Daj spokój.
– Nie, serio. Zobacz, jesteś taka wąska w biodrach, że się nie mieszczę. Łapka mi spada, ogona nie mam gdzie położyć, a łebek to już w ogóle, na kości kładę!
– Bo to ty taki wielki urosłeś, ja jestem w porządku.
– Wielki, ha! A co byś zrobiła z norweskim, jakbyś go miała?
– Kładła wzdłuż, a nie w poprzek.
– To by zjeżdżał na dół! Przecież wiem. Bo zjeżdżam.
– To się połóż obok na poduszce i przestań zrzędzić, uczę się.
– Wiem, widzę. Przestałaś przez to pisać. I jeść. I spać. I w ogóle strasznie jesteś smętna, ale nie moja sprawa, dopóki mnie karmisz.
– To prawda, więc, jak widzisz, nie ma żartów. Wszystko na poważnie. Jestem zajęta, sio.
Filip miał trochę racji – najbardziej brakowało mi czasu, żeby usiąść i opowiedzieć historie, których zalążki czekały na mentalnej półeczce i przypominały się czasem kompletnie bez powodu, wytrącając mnie z rytmu. Na przykład teraz, w środku uzyskiwania niepodległości przez Liban. Bardzo poważna sprawa!
– No dobra, to o czym byś chciała napisać najpierw?
– Przestań mi czytać w myślach, to niegrzeczne!
– Przeżyjesz. No?
– No… Mam opowieść o Fijce, czyli Zosi-samosi. To będzie cykl. Mam o tym, jak działają ze sobą świadomość i ciało, i dlaczego świadomość ciału przeszkadza i trzeba się nią opiekować jak dzieckiem. Mam pocztówkę z domu zarośniętego bluszczem, tego, co wyglądał jak schronienie dróżnika, pamiętasz? Wracaliśmy z Warszawy, kiedy go zauważyłam. Mam o tym, że smog nad Krakowem to ciężkie sny smoka…
– To ostatnie nie jest specjalnie odkrywcze, wiesz.
– Wiem. I będzie smutne.
– To ja nie chcę smutnych. I tak jesteś smutna na zmianę z narzekaniem.
– Taki lajf, kocie. Liban sam tej niepodległości nie zyska, muszę wrócić do 1920 roku, okej?
– A kiedy kolacja?
– Myślę, że w latach 70., tak za godzinę.
– No dobra. Tylko się nie spóźnij!